Galeria DAP1 | Dom Artysty Plastyka OW ZPAP | ul. Mazowiecka 11A | 00-052 Warszawa
Wystawa w dniach od 13 lutego do 8 marca 2026 roku
Wernisaż w piątek 13 lutego 2026 roku o godzinie 18:30
Elżbieta Murawska – artysta grafik, malarz; urodzona w Krakowie. Studia na ASP w Warszawie, dyplom na Wydziale Grafiki w pracowni prof. Henryka Tomaszewskiego. Zajmuje się projektowaniem graficznym, głównie grafiką książkową: ilustracjami do książek dla dzieci i opracowaniem typograficznym książek i okładek. Uprawia malarstwo olejne.
Na początku była czerwień
Nie jako postać. Nie jako tytuł. Raczej jako impuls. Plama, która ustawia nas w określonym stanie uwagi. Czerwień nie tłumaczy się tu ani nie opowiada historii. Jest obecnością. Ciepłem. Napięciem. Czymś, co przyciąga, ale nie narzuca sensu. Ot, prostokąt zawieszony na ścianie, który przywołuje skojarzenia z malarstwem Marka Rothko. U Elżbiety Murawskiej ten gest nie jest cytatem, lecz punktem wyjścia.
Barwa wibruje, mami. Podejdź bliżej – zaprasza. To dobry moment, by się zatrzymać. Dać sobie czas. Sprawdzić, co ten kolor z nami robi. Czy czerwień krzyczy, uderza? Czy raczej uspokaja, osadza, daje poczucie zakotwiczenia w rzeczywistości?
Odpowiedź nie pojawia się od razu. Przychodzi później – przy niewielkiej tabliczce z tytułem. Dla niego. Dla męża, również malarza, dziś już nieobecnego. Po drugiej stronie płótna… W tym momencie abstrakcyjna forma otwiera się na dialog. Obraz przestaje być jedynie zgrabną kompozycją. Staje się gestem, darem, rozmową, która już się odbyła, ale mimo wszystko wciąż trwa. Ponad czasem.
Tu rodzi się pytanie najważniejsze: czy zanim poznaliśmy tytuł, zanim dopisaliśmy własny sens, to, co zobaczyliśmy, zdążyło nas poruszyć? Czy pojawiła się bliskość, miłość – emocje, które czerwień także potrafi nieść? Jestem przekonana, że tak. Sam sposób położenia farby wiele zdradza. Zachęca. Otwiera pole do dyskusji. Twarzą w twarz. Bez pośredników.
Tytuł wystawy – Kobieta w czerwieni – nie prowadzi do jednego, konkretnego płótna. To raczej figura myślowa. Sygnał emocjonalny. Bo ten pokaz nie opiera się na dosłowności. Jego prawdziwym centrum jest obraz Gęstość myśli.
Czarne tło. A na nim wielobarwne kształty, rozrzucone pozornie przypadkowo. Oko próbuje je porządkować, szuka znajomych form. Czasem na siłę dopatruje się manekina, palca z wymalowanym na czerwono paznokciem, gitary, winylowej płyty, tęczy. To naturalny odruch. Umysł nie znosi chaosu. Zawsze chce domknąć całość, dopowiedzieć sens, odnaleźć zasadę non finito – przekonanie, że to, co niedokończone, da się uzupełnić w wyobraźni.
Tym razem to zły trop.
Te kształty nie chcą się ułożyć. Ich sens nie polega na nazwaniu. Polega na doświadczeniu. To obraz bardzo cielesny. Przypomina moment, który znamy wszyscy. Noc. Kładziemy się do łóżka. Gasimy światło. Zamykamy oczy. Na czarnym tle zaczynają krążyć kolorowe formy. Optyk powie: to powidoki, poblaski światła, efekt nagłego przejścia z jasności w ciemność. Biolog wspomni o mikroorganizmach żyjących na powierzchni oka. Artystka – Elżbieta Murawska – skwituje: to myśli. Myśli, które gęstnieją tuż przed snem. Zanim zapadniemy w inną rzeczywistość. Niekiedy na chwilę. Niekiedy na zawsze.
Ten stan zawieszenia – pomiędzy jawą a snem, porządkiem a chaosem – wraca w całej wystawie. W pracach monokolorowych, gdzie rozległe, jednorodne powierzchnie działają jak przestrzeń do oddychania. Kolor nasyca, ale nie przytłacza. Uspokaja, choć nie usypia. To nie medytacja, która wyłącza zmysły. Raczej świadomy relaks. Uważność. Chwila po kąpieli w morzu, gdy siedzi się jeszcze na piasku, czuje sól na skórze i przez moment naprawdę wierzy w carpe diem.
Obok płócien skupionych na barwie pojawiają się prace narracyjne. Forma zaczyna mówić głośniej. Pojawiają się budynki, dachy, chodniki. Miejski rytm. Ludzie w ruchu. Nad tym wszystkim Pegaz – znak wyobraźni i sztuki, która pozwala wznieść się ponad codzienność. To nie są bajki z dzieciństwa, ale raczej ich echo. Uproszczone, stłumione, pozbawione dosłownych bohaterów. Nasza codzienna bajka miejska, zbudowana z pionów i poziomów, z tras, które nieustannie się przecinają.
Tła – różowe, żółte, seledynowe, czarne – niosą własne nastroje. Widać tu pokrewieństwo z myśleniem o obrazie jako polu znaków i form, bliskim twórczości Joana Miró. Geometryczne kształty tańczą na płaszczyznach niczym drobne organizmy oglądane pod mikroskopem. Artystka i widz patrzą przez to samo szkło. Z tej samej strony. Kształty nie są grzeczne. Linie się rwą. Kontur bywa nerwowy. To chaos, ale nie destrukcyjny. Raczej porządek w ruchu. Twórczy ferment. Moment narodzin sztuki.
I wtedy pojawiają się krzesła.
Proste. Twarde. Czasem puste. Czasem zajęte. Jedne stoją, inne leżą, jeszcze inne są odwrócone tyłem. Ktoś odszedł. Ktoś już nie wróci. A krzesło wciąż czeka.
Henri Matisse – jeden z największych kolorystów w historii – mówił o sztuce jak o wygodnym fotelu. Elżbieta Murawska proponuje krzesła. Bez tapicerki. Bez obietnicy komfortu. Ale nadal bez przemocy. Jest w nich cisza i zgoda na przemijanie. Panta rhei. Wszystko płynie. Wraca, ale inaczej. Dwa krzesła stoją obok siebie. Na jednym leży czerwona szmatka. Na drugim siedzi uproszczona, geometryczna postać. Człowiek i przedmiot. Równi wobec czasu. A jednak to porzucona czerwień przyciąga wzrok najmocniej. Nie daje o sobie zapomnieć.
Agnieszka Kijas – krytyk sztuki


